Internet i Meksyk na Wszystko co Najważniejsze




Aby internet nie przestał być obszarem wolności, stając się obszarem zależności.

Wbrew różnym przekonaniom Guadalajara wcale nie leży nad morzem. Ani hiszpańska, ani ta meksykańska, gdzie właśnie zakończyło się dziesiąte już spotkanie Internet Governance Forum (IGF).

Zarządzanie internetem ma swoje reguły i swoją formę. W wypracowywaniu najistotniejszych zasad dla internetu biorą udział wszyscy partnerzy: świat nauki, przedstawiciele biznesu, administracji rządowych i instytucji publicznych, organizacje obywatelskie. Te zasady nie mają charakteru normatywnego — ale tworzą wartości, które zgodnie z oczekiwaniami wielopartnerskiego forum powinny być szanowane. O tych zasadach i wartościach dyskutuje się na kolejnych konferencjach IGF, wytyczając szlaki dla późniejszych rozwiązań. Czy wszyscy je akceptują? Wolność i otwartość internetu ma swoje problemy w Rosji, Chinach, krajach arabskich — bardzo delikatnie mówiąc. Ale dostępność internetu to olbrzymi problem Ameryki Południowej i Afryki.

Pewną słabością tegorocznego forum był brak dostatecznej reprezentacji rządów. Nawet gospodarze na dosyć nudnawej, mało ekscytującej, jeśli chodzi o kwestie cyfrowe, uroczystości otwarcia forum nie byli reprezentowani przez najwyższe władze. Zrodził się ponadto taki zły zwyczaj, że w dzień poprzedzający otwarcie odbywają się spotkania rządowe. Zaraz później ministrowie rozjeżdżają się do swoich krajów. Udział przedstawicieli władz publicznych w wielopartnerskim spotkaniu jest zatem ograniczony. Źle i szkoda.

Meksykańska Guadalajara jest olbrzymim miastem, liczącym 1,5 mln mieszkańców, ale z rozległymi suburbiami aż 5 mln. Olbrzymim w dosłownym, geograficzno-przestrzennym tego słowa znaczeniu — niska zabudowa ciągnie się przez dziesiątki kilometrów. Ma swoje biedne i bogate dzielnice. Ameryka Południowa ma specyficzną siatkę życia w miastach, jak Azja. Uliczki, piętrowe domy, w których ludzie mieszkają i pracują — małe sklepiki, warsztaciki czy wystawiane przed domami stragany są przecież miejscem pracy. Prawie wszędzie można kupić różne telefony komórkowe — najtańsze za 180 pesos, czyli ok. 9 euro, nowoczesne smartfony za 1000 pesos, czyli 50 euro, supernowoczesne za jakieś 200 euro. Widać w witrynach marki telefonów, które w Europie zostały już wyparte, ale w Meksyku funkcjonują świetnie. A obok rudera, gdzie jada się tacos z różnymi rodzajami drobno pokrojonego mięsa i salsą.

Gdzie indziej: za bogatymi ogrodzeniami piękne drzewa, a na murku widać wieczorem szopkę betlejemską, całą podświetloną. Dekoracji świątecznych jest mnóstwo. Przy przejazdach z dzielnicy do dzielnicy dużo wielkich salonów sprzedaży samochodów. Tego w Azji nigdzie nie widziałem. Ale też wiele placów budowy i rozkopanych ulic — buduje się nową siatkę metra w Guadalajarze, w części napowietrzną.

To miasto inwestycji, ale i niesłychanego smogu. Otwarte okno w taksówce po kilkunastu minutach podróży — a jeździ się tu długo i nigdy nie wiadomo za ile — powoduje kaszel i drapanie w gardle. To dziwne, ale nawet tam, gdzie ciągną się stare sieci elektryczne, przy domach zauważyłem wiele elektronicznych mierników poboru prądu. Stare i nowe — istnieją w Guadalajarze razem.

Forum IGF daje wiele możliwości do wymiany poglądów na każdy temat ważny dla spraw cyfrowych. Z biegiem czasu zresztą widać, że mówienie o rewolucji cyfrowej dotyka wszystkich dziedzin życia. Dlatego w Guadalajarze dyskutowano o powszechności dostępu do internetu. O wielkich inwestycjach Google czy Facebooka w dostęp do sygnału umożliwiającego udział w sieci. Ale też o modelach biznesowych — jak sławny „zero rating”, model, który daje możliwość inwestowania w sieci operatorom, którym płacą sieciowi usługodawcy, jak Facebook, dając użytkownikom usługi za darmo na starcie. Rok temu w Joao Pessoa w Brazylii był to jeden z tematów kluczowych. Zarzucano, iż model ten narusza zasadę neutralności sieci i w konsekwencji swobodę wyboru użytkownika i gwarancji dla niego, że każdy powinien mieć jednakowe szanse korzystania z internetu. I uzależnia od jednego typu oferty.

Guadalajarze — więcej jednak mówiono o powszechności „connectivity”: czy to dzięki publiczno-prywatnym inwestycjom, czy dzięki przyszłemu rozwojowi 5G. 5G to nowa generacja superszybkich sieci, przenosząca informacje w milisekundach, oparta na niskich częstotliwościach, jak 700 MHz, oraz wysokich, od 1 do 100 GHz. Choć dzisiaj mówi się o dostępności w niedługim czasie 1 GHz, 3,6 GHz, niektórzy mówią już o 26 ­– 28 GHz. To ważne, jak między krajami i kontynentami będzie się zarządzać tymi częstotliwościami. Ale przede wszystkim ważne jest — jaka skala inwestycji jest potrzebna.

Co nam to da? Szybki internet: w Europie mówimy o powszechności dostępu do sieci o przepływności 100 Mb na sekundę. To wielkie zadanie. Ale jeśli chcemy, żeby dwustu- bądź trzystuosobowa szkoła była naprawdę cyfrowa, gdzie wszyscy naraz korzystają z sieci, ściągając różne pliki, ważne dla edukacji, to potrzebna jest przepływność między 750 Mb/s a 1 Gb/s. A jakie parametry będą potrzebne dla telemedycyny o wysokiej jakości?

Różne warsztaty o warunkach dla zwykłej (na obecnym poziomie) „connectivity” i dla tej nowej dotykały także zupełnie nowych problemów. Mówiono o internecie rzeczy, o robotach, o zmieniających się cyfrowych warunkach i modelach pracy. Mniej było poczucia lęku i strachu przed nowym, tak często i publicystycznie rozpowszechnianego. Więcej — rozumienia szans, ale po uprzednim przygotowaniu gruntu.

Ten grunt to nowa infrastruktura internetu, właśnie owe 5G.

Ten grunt to nowe ramy reguł — z jasnymi zasadami, ale raczej osiąganymi przez tzw. „miękkie prawo”: koregulację, kodeksy postępowania, samoregulacje firm. Wszystko tak zrobione, by „twarde regulacje” nie zabiły szybko zmieniających się technologii, czyli innowacji.

Ten grunt, to zasada prymatu człowieka nad maszynami, nawet wtedy, kiedy mówimy o AI, o Sztucznej Inteligencji, maszynach uczących się, czyli robotach nowej generacji, potrafiących komunikować się z człowiekiem, przetwarzających dane szybciej niż ludzki mózg, analizujących kontekst. Dlatego mówiono o zasadach etycznych wpisanych w rozwój robotów oraz o ochronie prywatności i bezpieczeństwie cyfrowym.

Ten grunt to nowej jakości cyberbezpieczeństwo, dla którego istotą jest nowa generacja produktów: sieci, oprogramowania, urządzeń, które muszą mieć w konstrukcję i architekturę wpisane dynamiczne reagowanie na zagrożenia („security by design”). Ale istotą jest też podnoszenie świadomości zagrożeń dla problemów cyberbezpieczeństwa. Potrzeba dwojakiej świadomości: każdego z nas jako użytkownika oraz każdej firmy, która powinna mieć swoją ocenę ryzyka związanego ze sprawami cyfrowymi.

Ten grunt to edukacja — wszystkich. Młodych, by umieli kodować, by umieli przez całe życie się uczyć i dostosowywać do nowych technologii. Dzisiejszych pracowników w środku kariery zawodowej — by pomóc im przejść do nowych nie tyle zawodów, ile nowych wymogów w zawodach, które do tej pory wykonywali, czy też by mogli zdobyć nowe kwalifikacje, jeśli ich miejsca pracy przestaną być potrzebne, zostaną wyparte. Edukacji potrzebują też starsze pokolenia, jeśli w wielkim procesie cyfrowych zmian nie mają być wykluczone z ułatwiających życie wielu dobrodziejstw cyfrowych. Wnioski były jasne — potrzebny jest wielki „proces przejścia i dostosowania” („transition period”) jako polityka publiczna! Polityka publiczna z zaangażowaniem wszystkich partnerów. Podkreślali to eksperci z OECD, ośrodków akademickich, organizacji edukacyjnych, ludzie biznesu. Mocno wspierał takie zadanie i zobowiązanie jeden z twórców internetu, mówi się o nim „ojciec założyciel”, Vint Cerf, obecnie pracujący w Google.

Płynący z wielu spotkań ton — wyjaśnić i zrozumieć nowe zjawiska — był kluczowy dla tegorocznego IGF. Czyli: mówmy o robotach, opracujmy zasady współpracy między człowiekiem a robotem — a nie mówmy, że roboty zastąpią ludzi. Nowe generacje robotów będą przecież bardziej uzupełniały prace ludzi w wielu dziedzinach, niż ją wypierały. Klasyczne roboty automatyzujące pracę, wypierające człowieka, funkcjonują już od lat w nowoczesnych, uprzemysłowionych gospodarkach. Jest oczywiście jasne, że środowiska biorące udział w forach IGF wspierają rozwój internetu silniej niż przeciętnie. Mniej obawiają się jego rozwoju — stąd to pozytywne podejście.

Z nowoczesnego miejsca konferencji do miasta było daleko. Gdzieś w przerwach łapiąc taxi, a Ubera jeszcze szybciej, można było na chwilę pojechać do centrum.

Stara katedra jest mieszaniną stylów. Budowana od XVI wieku, konsekrowana na początku w. XVIII. Ma elementy baroku, rokoka — a figury świętych często mają na sobie prawdziwe ubrania, tak jak to bywa także w Hiszpanii.

Niedaleko katedry stary pałac i urząd gubernatorski. XVIII-wieczny budynek z krużgankami, muzeami. W auli oraz przy wielkich schodach prowadzących na I piętro — dwa murale Jose Clementino Ordoso. Pochodził ze znakomitego rodu, w katedrze jest nagrobek arcybiskupa Ordoso. Sam był wnikliwym obserwatorem historii. Mural w auli pokazuje, jak Meksyk wydobywał się z niewoli i dążył do wolności i niepodległości. Wielkie postacie Hidalgo, Juareza i innych — opowiadają całą historię uzyskiwania wolności przez państwo Meksyk, także odrębności państwa od Kościoła, oraz zdobywania wolności i praw dla wszystkich mieszkańców, pochodzenia indiańskiego i afrykańskiego.

Mówi mi o tym z pasją strażnik, który stoi przy wejściu do auli. Łamaną angielszczyzną opowiada o swoim zamiłowaniu do uczenia się języków oraz historii. Podkreśla, jak ważna jest pamięć narodu. Rysy twarzy ma indiańskie, mówi zresztą o tym z dumą.

Z jeszcze większą pasją opowiada o muralu przy schodach. W centrum wielka postać Hidalgo z płonącą pochodnią, która jakby rozświetla mroki XX-wiecznej historii. Mural wygląda jak sąd ostateczny, choć nie ma namalowanych dobrych, świetlistych postaci. Po lewej stronie — ciemności Złego Kościoła (kościoła niewoli i wyzysku). Po prawej — całe zło XX wieku. Na plecach niektórzy mają sowiecki sierp, swastykę Hitlera, gwiazdy z flagi amerykańskiej, znaki chińskie. Twarze niektórych postaci to karykatury meksykańskich polityków pierwszej połowy ubiegłego wieku — tych, co obiecywali wszystko, a niczego nie zrealizowali. Gdzieś na dole twarz symbol: oblicze Karola Marksa. Ten mural robi wrażenie przez ostrość symboliki: jest antytotalitarny, antypolityczny.

W debatach konferencji IGF było wiele wątków nawiązujących do dzisiejszego stanu świata. Bo przecież ostatnie miesiące szczególnie pokazały, czym stają się sieci społecznościowe w grze politycznej czasów polityki postfaktualnej, polityki postprawdy. O radykalizacji w sieci, o mowie nienawiści, o „fakenews” — rozmawiano gorąco. Nie po to, żeby wprowadzać do świata wolnego internetu, świata swobody wypowiedzi jakąkolwiek cenzurę. Chociaż o filtrowaniu treści, o obowiązkach administratorów platform mówiono często — jednak w duchu, że reguły filtrowania i zdejmowania treści muszą być jasne i określone przez prawo, takie samo online, jak i offline. Ale chyba mocniejszy akcent kładziono na potrzebę reakcji na zło, które dziś czai się w internecie wszędzie.

chyba stawało się coraz bardziej jasne wraz z kolejnymi argumentami warsztatów, że wolności musi towarzyszyć odpowiedzialność.

Że nie można pod płaszczykiem swobody wypowiedzi niszczyć kolejnych osób — ludziom się wydaje, że pisząc coś na Twitterze, robią to w jakimś małym kręgu, nie czują i nie biorą odpowiedzialności za masowe rozpowszechnienie się kłamstw czy niszczącego ataku personalnego. I że nie można otwartej przestrzeni internetu wykorzystywać tylko i wyłącznie do tworzenia zamkniętych obozów, plemion właściwie — z uczestnikami o zamkniętych umysłach. Pomagają w tym algorytmy profilujące nasze kliknięcia i wybory, ustawiające marketingowo nasze preferencje także w dziedzinie dostępu do źródeł informacji. Wybierając kilka razy strony internetowe skrajnej prawicy czy skrajnej lewicy — stajemy się więźniami tych wyborów. Łatwiej i szybciej przez dostosowaną do nas personalnie wyszukiwarkę natrafiamy ciągle na ten sam rodzaj informacji. Internet przestaje być wtedy obszarem wolności, staje się obszarem zależności.

Podczas spotkania z organizacjami obywatelskimi z różnych stron świata rozmawialiśmy o innych jeszcze paradoksach. Że w wielu krajach w imię ochrony prawa autorskiego blokuje się upowszechnianie w sieci wielu informacji, nie pozwala się na wykorzystywanie źródeł cyfrowych w edukacji i rozwoju bibliotek — mówiąc o ochronie autorów (Kolumbia, Wenezuela, częściowo Meksyk!). Że w wielu krajach w imię ochrony bezpieczeństwa obywateli zabrania się dostępu do informacji publicznej i transparentnego udziału w publicznych procesach decyzyjnych (kraje bałkańskie). I że w wielu krajach w imię bezpieczeństwa chce się ograniczyć swobody w internecie i ochronę prawa prywatności. Spór o szyfrowanie, który toczy się w świecie od dwóch lat, ciągle ujawnia rządowe plany stworzenia mechanizmu „wejścia od tyłu” do naszego świata w sieci albo stosowania jak najsłabszych technologicznie sposobów i rozwiązań kryptograficznych. A przecież — to proste — dla zwykłego użytkownika szyfrowana wiadomość czy cała linia przekazu to większe bezpieczeństwo. Nie w imię chronienia przestępstwa, ale w imię ochrony przed przestępstwem.

Jedno ze spotkań przyniosło ciekawe konkluzje: jeśli mówimy o sensie internetu, to jest on dla nas. Dla nas, czyli w pierwszym rzędzie dla obywateli, później użytkowników i później jeszcze konsumentów. To znaczący układ ról, jakie wypełniamy.

Fora IGF są swoistym tyglem kulturowym. Mieszają się w nim problemy kontynentów, języki — przy oczywistej dominacji angielskiego — rasy, kolory skóry, religie i stroje: od eleganckich garniturów, przez luzackie bluzy, po stroje tradycyjne, suknie afrykańskie, nawet hinduskie turbany. To, co podczas tegorocznego IGF wydawało mi się istotne, to mocny akcent kładziony na lokalność. Jest jasne, że internet ma globalny zasięg i charakter, uniwersalizuje — zaczynając od technologii, a kończąc na wzorcach zachowań. Z drugiej jednak strony coraz częściej mówi się o potrzebie lokalnego „contentu”, czyli treści wytwarzanych lokalnie. Podkreśla się rolę języków narodowych i ochronę języków mniejszościowych. Wszystko to otwiera nowy rozdział w historii internetu. Być może przy swoim globalnym charakterze będzie umiał osłabić niektóre negatywne skutki globalizacji, wzmacniając poczucie tożsamości lokalnej i regionalnej. To wymaga także od gigantów internetowych większego zrozumienia lokalnych potrzeb, ale to również wymaga od lokalnych potencjalnych autorów — nowej kreatywności.

W tym kontekście, także w związku z europejską debatą o copyright, o wyjątkach w prawie autorskim w celu rozwoju bibliotek i edukacji, o zniesieniu geoblockingu — toczyły się debaty o rozwiązaniach całościowych. Ich celem byłoby upowszechnienie przepływu treści kulturowych, w tym też promocja lokalnych — z zapewnieniem równowagi między potrzebami użytkowników a prawami i wynagrodzeniami dla twórców. Internet stwarza tygiel kulturowy, ale jego istota musi zapewniać nie ujednolicanie jako efekt spotkania kultur, tylko różnorodność. Bardzo o to zabiegają kraje afrykańskie i Ameryki Południowej.

Meksyk jest tyglem kultur. Różne kultury indiańskie, w tym aztecka i Majów, sombrera mężczyzn pilnujących upraw i stad, jaskrawo kolorowe stroje i specjalne skórzane buty prerii chroniące przed wężami, hacjendy grandów czy wszędzie widoczne wiszące kukiełki kościotrupów, często w różnych strojach, np. balowych sukniach — to mieszanina grozy śmierci i radości życia, tak ważna dla tradycji meksykańskiej. To odwaga i duma. Meksykanie — często w historii poniżani, jak teraz niedawno w czasie kampanii w USA przez Donalda Trumpa — mają swoje poczucie wartości. Są dumni bez względu na okoliczności życia. Dla tradycji Guadalajary szczególnie ważni są mariachi, grupy muzyków ubranych w stroje trochę wojskowo-orkiestralne — w składzie dominują skrzypce i trąbki oraz głos wiodącego pieśniarza. W knajpie Casa Bariachi śpiewali właśnie mariachi — ludowe i uwspółcześnione pieśni. Wszyscy w sali śpiewali z nimi: „Viva la Mexico, viva la Guadalajara, viva la America!!!”. Ta muzyka tak ma — że siła trąbek sama wymusza na naszych nogach taniec. Jeśli coś jest w stanie roztańczyć ludzi — to takie grupy muzyków.

Ale zanim występ się zaczął, można było zjeść tradycyjne queso panela al horno — w kamiennym garnku podaje się gorący, topniejący ser panela z papryczkami i ostrym chorizo — czy spróbować guacamole al tuna — tatara z tuńczyka zmieszanego z guacamole, z awokado i posiekaną pietruszką, z małymi tortillami obok. Rozgrzewająca i posilna była sopa de tortilla — na rosole ze smakiem pomidorowym i kawałkami kurczaka podaje się pokrojone kawałki sera, tortilli, niekiedy dorzuca się garść fasoli. I oczywiście różne enchiladas, jakby miękkie ciasto naleśnikowe, zwinięte, w środku z kawałkami mięsa, polane np. czarnym sosem mole i posypane serem. Do tego — klasyczne meksykańskie piwa, podawane z limonką i solą, czy różne tequile. Rejony Guadalajary i Jalisco, gdzie właściwie odbywała się konferencja, słyną z różnych odmian tequili wyrabianych z agawy. Po co ja to opisuję, przecież dzisiaj smaki meksykańskie są znane w każdym zakątku Ziemi…

Duch meksykańskiego tygla kulturowego odczuwany jest bardzo w dzielnicy Tlaquepaque. To miejsce dawnych domów i pałacyków, hacjend — w klasycznym iberoamerykańskim stylu. Dzisiaj po uliczkach chodzą turyści, a każde prawie drzwi prowadzą do sklepu, galerii, kawiarenki czy restauracyjki. Taka enklawa — gdzie sprzedaje się lokalne wyroby rzemiosła. Ognista kolorystyka obrazów i rzeźb, nie mówiąc o ozdobnych paskach na dłonie i nogi koło kostki, splecionych z kolorowych, grubych nici. Sombrera, kapelusze, buty skórzane ze zdobionymi bokami. W okresie przedświątecznym: figurki do szopek betlejemskich i ozdoby na choinki. Kościotrupy — bez strojów albo ustrojone jak na bal. Fantastyczne pudełeczka na różne różności — w kształcie ozdobionych kolorowo trumienek. W meksykańskiej kulturze, w całej właściwie latynoskiej, stosunek do śmierci jest wyjątkowy: to lęk, ale i obśmiewanie, to groteska pozwalająca oswoić tragizm. Mnóstwo wyrobów metalowych, srebrnych i złotych, nawiązujących do wzorców Majów i Azteków.

W środku tej dzielnicy kościółek św. Pawła, z portretami 25 meksykańskich męczenników oraz wieloma portretami i zdjęciami Jana Pawła II. Tlaquepaque jest turystyczną wizytówką Guadalajary. Daje smak Meksyku, ale trzeba go uzupełnić, przechodząc przez ulice zwykłej biedy, nierównych jezdni, staruszek siedzących przed domkami, handlarzy z pomarszczonymi twarzami, usiłującymi sprzedawać coś, czego nawet nie da się opisać. Mimo wszystko jednak w oczach tych ludzi widać, jak fale smutku rozpraszane są przez życiową radość, płynącą z siły tego, że żyją. Co jakiś czas używają bardzo starego modelu telefonu komórkowego i rozmawiają z kimś, kto daje im bliskość.

Bo świat mobilnych urządzeń jest właśnie po to…

Michał Boni

Guadalajara, Atlanta, 9-10 grudnia 2016

Internet i Meksyk