Wywiad na Gazeta.pl




Katastrofa smoleńska. Gdy padają te słowa, Michał Boni nagle zmienia się na twarzy. – Nie boję się powiedzieć „przepraszam” za popełnione błędy. Nie boję się spojrzeć w twarz rodzinom ofiar – mówi. To on, minister administracji, nadzorował działania państwa po tragedii w Smoleńsku.

Piątek, popołudnie. W biurze Michała Boniego, obecnie europosła, na stole sok, woda, kilkanaście cukierków w misce. I truskawki. Jeszcze do nich wrócimy.

To Boni odpowiadał za organizację sprowadzenia ciał ofiar ofiar katastrofy smoleńskiej do Polski. Mówiąc niedawno w radiu o katastrofie smoleńskiej, nie wytrzymał. Pojawiły się łzy.

Michał Gostkiewicz: Rok po Smoleńsku mówił pan w „Polityce”, że smoleńska mgła do pana wraca.

Michał Boni: – Co rok od siedmiu lat. W snach.

W snach?

– Nieraz śniły mi się ciała, które trzymam w dłoniach, a ich twarze znikają. Jakby cali ci ludzie nagle znikali. Albo widzę ciało, które ma konkretny kształt. I nagle ten kształt znika, tworzy się pustka.

Usiłuję sobie te sny wytłumaczyć.

Michał Boni (fot. Kuba Atys/AG)

Czy teraz, po ekshumacjach, mgła wróciła?

– Tak. A z tym się wiąże coś, co chciałbym, żeby wszyscy sobie uświadomili: jak wyglądają ciała po katastrofach.

Muszę przyznać, że na nowo, po siedmiu latach, dotarła do mnie groza katastrofy. Wyrażająca się w tym, że część ciał była w takim stanie, że nie dało się ich zidentyfikować.

– Nie tylko w Polsce. Izrael ma specjalną jednostkę do badań ciał po zamachach. A mają ich tam sporo. Ostatnio rozmawiałem z tymi Izraelczykami. U nich też nie jest tak, że wszystkie identyfikacje są wykonane perfekcyjnie. Powód jest prosty.

Szczątki ofiar smoleńskich były ze sobą w koszmarny sposób zmieszane.

– Dobrze pan myśli. Po 25 kwietnia wróciło do Polski prawie 100 fragmentów ciał 24 osób. To były te najpóźniej zidentyfikowane szczątki. Sprasowane fragmenty ciał połączone ze sobą. Potrzebna była identyfikacja genetyczna.

Ja powtórzę. Sto fragmentów. Dwudziestu czterech osób.

– Tak.

Smoleńsk, 10.04.2010, miejsce katastrofy (fot. Filip Klimaszewski/AG)

Pan jako szef Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji odpowiadał za całokształt organizacji działań w związku z katastrofą, dotyczących m.in. sprowadzania ciał do Polski i organizacji pogrzebów.

– I myśmy bardzo dbali o to, żeby zgodnie z prawem rozporządzić tymi fragmentami ciał w porozumieniu z rodzinami. Jeśli ktoś życzył sobie, żeby zostały umieszczone w grobie rodzinnym, to tak się działo. Jeśli ktoś sobie życzył, żeby zostały przed dołożeniem do grobu spopielone, to też tak się działo. Jeżeli ktoś sobie życzył, żeby były spopielone i włożone do grobu-pomnika na Powązkach, to też tak się działo. Po wszystkim pozostało dwanaście fragmentów „NN”. Nie do rozpoznania. Rozmawiałem o nich z kardynałem Nyczem. Uważałem, że te fragmenty ciał naszych przyjaciół – przyjaciół! – powinny też znaleźć się we wspólnym grobie na Powązkach. I tak się stało. Staraliśmy się spełniać nawet drobniejsze życzenia rodzin.

Jakie?

– Żeby ktoś był tak, a nie inaczej ułożony. Żeby, jak już ciało wróci do Polski, to pojechało bezpośrednio domu rodzinnego i żeby stamtąd zgodnie z tradycją odbywało się wyprowadzenie zwłok.

Żeby był różaniec w ręku pani Gęsickiej.

– Grażyny.

Przyjaciółki?

– Tak.

To nie są drobne rzeczy, to są cholernie ważne rzeczy.

– I były robione. Kiedy trzeba było otworzyć trumnę, to uzyskiwaliśmy zgodę prokuratora, inspektora sanitarnego – bo takie są przepisy. Trumny nie otwiera się, gdy już jest zamknięta, na zasadzie „robię, co chcę”. Mówią o tym przepisy międzynarodowe. Ale działaliśmy tak, by zawsze odpowiadać na potrzeby najbliższych.

Czy te cholernie ważne drobne rzeczy to coś więcej, niż małe rytuały?

– Tak, to jest coś więcej. Jak człowiek umiera, to najczęściej w szpitalu, otoczony rodziną. Chowamy go do trumny i do grobu. I to jest czas naszego żegnania się ze zmarłym, budowania pamięci o nim. I widzimy całość tego procesu. W tradycyjnych pochówkach było tak, że cała rodzina czuwała przy zmarłym. To jest dla ludzi ważne. Że ten duch zmarłej osoby jeszcze przez chwilę z nimi jest. Problem polega na tym, że jak nie ma całego ciała, to brakuje nie tylko tych fizycznych części.

Brakuje też jakby fragmentu osobowości zmarłego?

– Właśnie. I jeśli brakuje, to ja, żałobnik, nie mogę się do końca pożegnać. Pozwolić odejść. Jest wiele osób, które dziś się publicznie nie wypowiadają, a które były tam w Moskwie i wiedzą, że w trumnie ich bliskiego brakuje jakiś części jego ciała, bo nie udało się ich odnaleźć.

Wiadomo, że stopy prezydenta Kaczyńskiego wróciły do kraju później.

– I pada kluczowe pytanie: kto ma prawo dysponować szczątkami?

Pierwsza odpowiedź brzmi: rodziny.

– Mi się też tak wydaje. Wtedy rodzina śp. pana prezydenta, myślę, że i córka, córka prezydenta, zadecydowała, że te przywiezione do Polski szczątki mają zostać dołożone do grobowca na Wawelu. Teraz prokuratura, badając sprawy ekshumacji, stawia siebie w pozycji decydującego czynnika. Dla nas wtedy było oczywiste, że to rodzina ma decydować, co się stanie z jej krewnym. Bo to rodziny najbardziej przecież w tym wszystkim cierpią. Gdy przy ekshumacjach pojawiają się informacje o szczątkach innych osób w trumnach, w których nie powinno ich być, to ja rozumiem ten dramat i cierpienie bliskich. I nie mam problemu, żeby powiedzieć, że za to przepraszam. Nie byłem prokuratorem, nie byłem rosyjskim lekarzem składającym ciało w laboratorium. I nie byłem prokuratorem Pasionkiem, obecnym wtedy w Moskwie.

A na pana „przepraszam” często pada z prawej strony sceny politycznej odpowiedź „ale to wasza wina”.

– Ze złą wolą można powiedzieć wszystko. To „przepraszam” jest potrzebne jako symbol, ale już widzę, że niektórym chodzi o coś zupełnie innego.

Cały wywiad na Gazeta.pl