Donald Trump. The Show Must Go On




Mój tekst na Wszystko co Najważniejsze:

„THE SHOW MUST GO ON…”

Często w sytuacjach krytycznych mówi się, że czas i tak płynie, a sprawy muszą iść do przodu. Czy mogę tak powiedzieć kilka godzin po zwycięstwie Trumpa w wyborach prezydenckich w USA?

Może nie chcę tak powiedzieć. Ale może – muszę tak powiedzieć i różne sprawy powinny „iść do przodu”.

Dlaczego nie chcę tak powiedzieć ?

Bo zwycięstwo Trumpa jest zwycięstwem głosowania. I szanuję to. Ale demokracja to coś więcej, niż tylko wynik wyborczy. To mechanizmy obrony demokracji i jej żywy charakter, potencjalne uczestnictwo w procesach decyzyjnych każdego – i miejsce dla każdego w siatce społecznej i politycznej, bez względu na jego przekonania. To dbałość o rozdzielność władz oraz prawa wszystkich, także mniejszości i tych, którzy myślą i zachowują się odmiennie. To łączenie ludzi w celu budowania lepszej przyszłości. To obalanie murów, a nie ich budowanie, także murów mentalnych. Trump zrobił wszystko, by mury zbudować, albo o ich powstanie – apelować.

Jest szczególnym paradoksem historycznym, że w dniu rocznicy obalenia Muru Berlińskiego – w świecie może zacząć wyrastać nowy mur. W Ameryce, oraz między krajami – bo jest coś w wypowiedziach Trumpa, co brzmi jak skrajny amerykański izolacjonizm.

Wartość współpracy i kapitału społecznego są kluczowe dla podołania wyzwaniom, przed jakimi świat stoi – demografia, cyfrowy przełom, demokracja – jej siła i zagrożenia dla niej. Tymczasem Trump skrajnie podzielił amerykańskie społeczeństwo, także światową opinię. Jego wyrazistość dała mu zwycięstwo. Ale zabija szanse na porozumiewanie się, jeśli język, jakiego używał w kampanii stanie się językiem jego prezydentury.

Rosja i ambicje Putina przestaną być izolowane. Ukraina stanie na skraju przepaści, jeśli chodzi o amerykańskie wsparcie dla jej suwerenności, reform i terytorialnej integralności. NATO może stać się narzędziem słabnącym, by przypodobać się Rosji. Trump razem z Rosją mogą chcieć dokonać nowego podziału świata. Niedokończone prace Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych nad umową o wolnym handlu – zawisną w próżni.

Populistyczny wehikuł wygrał. I nie jest to kwestia spraw socjalnych i biedy amerykańskich „białych”, głównych orędowników Trumpa, z klas niższych i średniej. Aczkolwiek rosnące nierówności były i są jedną z przyczyn zwycięstw partii populistycznych. To nie tylko niechęć dużej części społeczeństwa do elit – od lat sytych własną polityką i sukcesami. Taka zemsta mniej awangardowych części społeczeństwa – gorszych w technologiach i nowych modelach biznesowych, mniej kreatywnych i zamkniętych na nowinki obyczajowe, bardziej małomiasteczkowych i wiejskich, niż metropolitalnych – na liderach tych zmian, których świat doświadczał w ostatnich 25 latach. To przede wszystkim zwycięstwo emocji – negatywnych, rozwiniętych w ludziach podczas kampanii poprzez nieustanne straszenie i pokazywanie zagrożeń – i pozytywnych, bo straszeni ludzie mogli wreszcie odnależć idola, wodza, lidera. Takiego, który przez niekonwencjonalną siłę własnej osobowości – budował poczucie bezpieczństwa. Poczucie – nowej Wielkiej Ameryki. I dawał poczucie wspólnoty – takiej, której siła będzie się karmiła wykluczaniem innych. Wspólnota plemienna będzie silniejsza niż społeczeństwo otwarte.

Ci rzekomo gorsi dostali poczucie siły i tożsamość – i przekonanie, że to oni mogą być, a po zwycięstwie są – suwerenem. Może się okazać, że amerykańska, przeszło 200 letnia tradycja demokratyczna tego nie wytrzyma. Że instytucje przestaną być niezależne, a staną się oportunistyczne i podporządkowane woli Zwycięzcy. To będzie wielki test – dla sądownictwa, dla pluralizmu mediów, dla otwartości amerykańskiej gospodarki na globalną wymianę, dla niezależności Kongresu ( przy wszystkich afiliacjach politycznych), dla otwartości amerykańskich wzorców kulturowych i uczelni, dla otwartości Ameryki na jej własne zródło sukcesu – jakim był i jest tygiel kulturowy, co oznacza otwartość na migrantów.

Zwycięski, i koszmarnie efektywny w marketingu wehikuł populistyczny może funkcjonować dalej. Żeby nowy Prezydent nie zdradził własnych wyborców. Żeby spełnił obietnice i zmienił Amerykę.

I to będzie zła zmiana dla świata. Ameryka przestanie być punktem referencyjnym walki o demokrację i prawa człowieka. Ameryka przestanie być punktem referencyjnym przełomów gospodarczych ( w dobrym i złym znaczeniu). Ameryka przestanie być elementem równowagi – powstanie nowa równowaga. Ze zmniejszającą się jeszcze bardziej rolą Europy, albo z rosnącym znaczeniem Europy – jeśli Europa stanie się sekundantem Trumpa. I Marie LePen wygra wybory we Francji – i tak dalej, i tak dalej…..

Dlaczego jednak może powinienem powiedzieć, że sprawy muszą iść do przodu ?

Bo okaże się, że demokratyczne instytucje Ameryki są silniejsze niż wynik jednych wyborów, i prezydentura Trumpa zostanie okiełznana. Przez zwyczaje i normy, przez administrację i tysiące urzędników, przez trochę skorygowane, ale jednak niezmienne poczucie amerykańskiego interesu. Przez wygaszenie emocji – niektóre obietnice Trump spełni i to przy blasku świateł i fleszy, niektóre przeleżą się aż do utraty wartości i aktualności.

Ktoś powie – niech się tak stanie! I świat jakoś przetrwa – bez totalnej destrukcji.

Ale to nie jest takie proste – „the show must go on”, lecz dramaturgia tego przedstawienia będzie iście szekspirowska. O każdą rzecz będzie się toczyła batalia – w amerykańskim Kongresie, w amerykańskich mediach, między amerykańskimi think tankami, na uniwersytetach, między stanami, między grupami biznesowymi, w amerykańskim społeczeństwie obywatelskim – zorientowanym liberalnie i konserwatywnie, między AfroAmerykanami, HispanoAmerykanami – a innymi. Nieustanny kryzys, albo nieustanna kampania wyborcza. Ameryka w kampanii przez następne cztery lata!

Ameryka i świat będą szły do przodu, ale według zwyczajowego schematu: dwa kroki do przodu, jeden krok w tył, czy jeszcze inaczej – jeden krok w przód, dwa do tyłu.

Rzeczywiście, to będzie – szekspirowski moment historyczny. Trump będzie żądnym władzy i tragicznym Henrykiem IV, czy szalonym Makbetem, pokonanym w końcu przez las Birnam, czyli siłę wolności w społeczeństwie, czy Klaudiuszem w chwili tryumfu, po zabiciu ojca Hamleta….Czy Fortynbrasem, silnym zwycięzcą – który krok po kroku przechodzi od polityki emocji i wojny do polityki praktycznych decyzji.

„The show must go on…” – czyli: czas pokaże, jak będzie. Coś się na pewno kończy, coś się zaczyna.

Michał Boni

9 listopada 2016, g.13