Salvador. Mieszanina wzorców, kultur i czasu na Wszystko co Najważniejsze




Historia Salvadoru, pierwszej stolicy Brazylii, to historia wielkości miasta i tracenia przez nie pozycji.

Jestem w małym hoteliku na przedmieściach przeszło trzymilionowego Salvadoru w Brazylii. To dobra dzielnica, blisko plaż i pełna małych domków. Po kablach i drutach często wędrują małpki, na tychże drutach siadają nieustannie różnokolorowe ptaszki.

W niedzielny poranek, kilkanaście minut po siódmej, słychać dzwony i melodię z dzwonami z pobliskiego kościoła. Kiedy msza się zaczyna — zaczyna się nie tylko liturgia, zaczynają się radosne śpiewy. W nich jest energia święta, w nich jest energia niedzieli, w nich jest energia dnia poprzedniego — świętowanego tutaj w specjalny sposób, w regionie Bahia — św. Jana.

Stare miasto już w wigilię świętojańską jest całkowicie udekorowane i gotowe do świętowania, a policja, której wszędzie pełno, gotowa do pilnowania. Brazylia uchodzi za kraj, gdzie ludzie nie mają poczucia bezpieczeństwa, gdzie przemoc jest wszechobecna, gdzie nie ma zwyczaju chodzenia swobodnie uliczkami po godzinie 22, gdzie wiele osiedli jest zamkniętych i pilnowanych przez ochronę, gdzie ludzie wyjeżdżają z kraju mówiąc, że nie jest tu bezpiecznie.

Ale teraz, w święto, każda ulica jest inna. Wiele ma niebo z kolorowych chorągiewek. Łączą się ze sobą symbole religijne. Dostojna, o obfitym wyglądzie, jak matrona, Matka Boska i jej promieniująca łaskawość współgrają ze strojami dziecięcymi: trochę pasterskimi, w południowoamerykańskim stylu — z sombrero i kraciastą koszulą u chłopców, z falbankami przy sukienkach u dziewczynek. Święty Jan jest w Bahia patronem wsi, ziemi i jej bogactw. A noc świętojańska, jak zresztą we wszystkich kulturach, jest przemianą dnia i nocy, jest magią nocy i jej twórczych tajemnic. Tutaj jest to także jakby święto plonów. Widać to w dekoracjach placyków i ulic. Bogactwo przyrody, owoców, krocie uwielbianych tutaj orzeszków ziemnych, mnóstwo postaci olbrzymich farmerów w kapeluszach i landszaftowych obrazków młodych par.

Szukam ciasteczek podobnych do tych (oprócz niebywale smacznego ciasta z tapioki), które sprzedają na plaży (cocada) — zrobionych z płatków owoców ananasa czy marakui. Są słodkie, ale zarazem kwaśnawe.

Fascynuje mieszanina kulturowa wielu wzorców i wielu czasów. Na małym placyku specjalnie udekorowany balkon, na którym śpiewał Michael Jackson — tutaj była nagrywana jedna z jego piosenek. Wszyscy pamiętają to do dziś.

Historia Salvadoru to historia wielkości miasta i tracenia przez nie pozycji. Salvador był pierwszą stolicą Brazylii, budowaną na przełomie wieków XVI i XVII. Na placyku otwierającym drogę na stare miasto jest pomnik pierwszego biskupa Brazylii. Z tego samego placyku, z wysokiej skarpy, na której jestem, widać port przy ogromnej zatoce. Dzisiaj nie ma on już takiego znaczenia, ale kiedyś wirował życiem i handlem, także handlem niewolnikami przywożonymi z Afryki. Na cyplu okalającym zatokę jest wielka, wspaniała latarnia morska; dzisiaj — muzeum morskie.

Dzisiejszy Salvador szuka swojej drogi. Na obrzeżach miasta są fabryki. Niedaleko miejsca, gdzie jestem, znajduje się fabryka samochodów. Pracuje na eksport, są nowe maszyny i rozwiązania, jest praca, ale dla ludzi mówiących po angielsku. Zwolniono 2 tysiące osób, ale wieść niesie, że ludzie masowo dopytują się, gdzie i jak można się efektywnie nauczyć angielskiego. To zjawisko powszechne w całej Brazylii. To nowa presja modernizacyjna, po tej fali, jaką 15 lat temu uruchomił swoimi projektami prezydent Lula — rozpoczynając programy wyrównujące szanse społeczne.

Niestety, dzisiaj Brazylia jest w olbrzymim kryzysie. Korupcja zniszczyła wiarygodność państwa i elit. Mówią o tym wszyscy, których spotykam. Mówią z żalem, bo widzą potencjał Brazylii, ale niestety naprzeciw niego — olbrzymią bezradność demokracji wobec brudów korupcyjnych.

Bezradność wobec korupcji niszczącej wiarygodność państwa i elit, bezradność wobec inercji i złej organizacji.

Z mojego przedmieścia trzeba jechać do centrum samochodem. Taksówki są niepewne — i drogie. Najpewniejszy jest Uber, i do tego 2,5 razy tańszy. Myślę sobie, patrząc na europejskie spory o Ubera, jak wielką rolę ten koncept technologiczno-transportowy odgrywa w krajach rozwijających się. Bo umiejętnie łączy najnowszą technologię z pracą dla ludzi i usługami naprawdę dopasowanymi do ludzkich potrzeb, a nie zasady „maniana”.

Place miejskie Salvadoru są gotowe do zabawy i świętowania. Wszędzie słychać kapiszony i małe petardy. Wieczorem już w samo święto niebo iskrzy się od koloru sztucznych ogni. Dzień przed świętem, ale i w samo święto, po zmierzchu, w wielu miejscach zapalane są ognie, ogniska. W ciągu dnia widać, jak specjalnie skomponowane szczapy i gałęzie rozstawiane są wzdłuż ulic, by wieczorem zapłonąć. Przy tych świętojańskich ogniskach gromadzą się sąsiedzi — rozmawiają, częstują się ciasteczkami i napojami, dzieciaki majstrują przy głośnych petardach. A w innych częściach miasta pokazy tańca i walki równocześnie — słynna „capoeira” — gdzie przy bardzo żywej muzyce niektórzy wykonawcy tańczą, inni grają tanecznie „w boks”, jeszcze inni robią gimnastyczne „świece”.

Wieczór zapada szybko, jak zwykle w tych częściach świata: jest jasno, jasno, i nagle w 10 minut robi się całkowicie ciemno. Ale też świętojańska zabawa, która u nas jest symbolem lata, tutaj jest częścią zimy. Bo to jest czas zimy w Brazylii — niektórzy mówią, że jest chłodno (ok. 20 – 25 stopni) — i kilka razy dziennie pada deszcz. Ten deszcz jest rzęsisty albo łagodny, pada krótko. Ale przez cały dzień przetaczają się przez niebo chmury. Kiedy patrzeć na ocean, na zieleń i palmy na brzegu, to dla Europejczyka jest to symbol wakacji i lata. Ale wyginające się od wiatru palmy, duże fale i ciemne chmury na horyzoncie pokazują, że to inny rodzaj lata. Chociaż latem słońce zachodzi mniej więcej ok. 18.30, a zimą wcześniej — ale tylko o godzinę.

Chmury zimy brazylijskiej mają swoją specyfikę. Są jak tysiące różnobarwnych puzzli, strzępiaste i kształtne — ale mienią się chmurzastą szarością.

Po miejskiej wędrówce siadamy z przyjaciółmi i bliskimi: z Dorotą, Moisesem, Lukasem, Sonią i innymi na fajnym skwerze. Jemy specjały robione w słynnej budce Acaraje da Cira. To placuszek z mąki z tutejszej czarnej fasoli, miękki i smakowity. To małe krewetki w sosie z papryczek. To sałatka z pomidora, cebuli i ogórka. To pyszna zielonkawa pasta z orzeszków ziemnych i oleju palmowego.

Na koniec znów mogę wrócić na plażę. Wzdłuż niej jest bulwar. Przy nim kawiarenki, budki ze smakołykami, latarenki, gdyby chodzić wieczorem. Te latarenki są odwrócone tyłem do oceanu, świecą w druga stronę, by nie wabić żółwi, żeby nie wychodziły za daleko i nie narażały się na niebezpieczeństwo.

Szybko zapada zmierzch i zabiera ostatnie światła wieczoru w Salvadorze. Ale kilka chwil przed zmrokiem widać wyłaniającą się z fal i wstępującą między chmury piękną tęczę.

Michał Boni
Salvador, Czerwiec 2017