Gorąco o prawach autorskich w Gazecie Wyborczej




Odpowiadam na apel Sammy’ego Ketza, korespondenta wojennego AFP, do posłów Parlamentu Europejskiego pt. „Nie dajcie umrzeć mediom”.

Ketz pisze: „Parlament Europejski powinien zagłosować gremialnie za ‘prawami pokrewnymi’ po to, aby przetrwała demokracja i jeden z jej najbardziej znaczących symboli: dziennikarstwo” I tłumaczy: „Trudno dłużej tolerować kłamstwa rozpowszechniane przez Google’a i Facebooka, że dyrektywa w sprawie ‘praw pokrewnych’ zagroziłaby możliwości bezpłatnego dostępu do internetu. NIE. Swobodny dostęp do sieci przetrwa, gdyż giganci internetu, którzy dziś wykorzystują treści redakcyjne za darmo, mogą wynagradzać media bez obciążania konsumentów opłatami”.

Tak, ja też jestem za dobrym wynagradzaniem dziennikarzy i twórców, i przestrzeganiem praw autorskich, także w środowisku cyfrowym, bo dzieła i ich fragmenty krążące w sieci tworzą zupełnie nowy łańcuch wartości. Jestem za jasnymi regułami stosowania praw pokrewnych, chroniących przecież nie samych autorów, lecz tych, którzy treści rozpowszechniają. I jestem za tym, by wielkie platformy udostępniające treści – jak YouTube – dbały o legalne wykorzystywanie treści i dążyły do umów licencyjnych, by autorów można było wynagradzać za ich pracę.

Przeciwny jestem jednak czarno-białemu przedstawianiu sporu o dyrektywę o prawach autorskich. Bo nie jest to ani ACTA2 – jak krzyczano kilkanaście tygodni temu – ani spisek gigantów technologicznych, którzy chcą zablokować dyrektywę, jak głoszą organizacje wydawców, a Komisja Europejska w sekretnych instrukcjach powiela ten schemat rozumienia sytuacji. Plotka europarlamentarna głosi, że to raczej chadek Axel Voss jako sprawozdawca z Komisji Prawnej PE, działając na rzecz wydawców, chce zablokować prace nad prawem autorskim, jeśli nie osiągnie wszystkich swoich celów. W kontekście dyskusji o prawach autorskich naciągany wydaje mi się apel polskich twórców, żeby nie sprzedawać polskiej kultury internetowym gigantom. To już jest lekkie przegięcie…

Nie ma racji Sammy Ketz pisząc, że spór (jego zdaniem podsycany przez Google’a i Facebooka) dotyczy zagrożenia dla bezpłatnego korzystania z Internetu. Jestem w środku tego sporu od wielu miesięcy – i wiem, że nie to jest jego osią. Nie ma też racji europejska organizacja twórców GESAC mówiąca, że w propozycjach Komisji Konsumenckiej PE dotyczących art.13 jest przyzwolenie dla wielkich platform komunikacyjnych, by nie dbały o legalność publikacji. To nieprawda – jest wręcz odwrotnie.

W debacie przyszło dużo listów od naukowców bojących się, że nowa dyrektywa i zapisy artykułu 13 zamkną ich możliwości dzielenia się wiedzą i osiągnięciami badawczymi, bo wydawcy będą pilnować bardziej praw autorskich, niż swobody naukowców do rozpowszechniania ich dzieł. A dzisiaj innowacje powstają dzięki penetracji i przetwarzaniu danych  oraz porównywaniu i łączeniu wyników badań zapisanych cyfrowo. O regułach w tej dziedzinie muszą decydować uniwersytety, a nie narzucać je wydawcy – upomina się o to posłanka Schaake z Holandii.

Co zatem jest tak naprawdę realnym problemem?

Użytkownicy najbardziej boją się zapisów z artykułu 13, które w pierwotnej wersji przygotowanej przez Komisję Europejską nakładały na platformy internetowe prawny obowiązek stosowania technik rozpoznawania wszelkich treści krążących w sieci pod kątem ich legalności. Czyli nakazywały pełne filtrowanie.

Jasne, że Internet musi podlegać prawom. Trzeba je jednak wdrażać mądrze. Internet jest przecież także sferą dzielenia się przez użytkowników różnymi treściami: zdjęciami, komentarzami, cytatami, przekształceniami cytatów, memami, wynikami poszukiwań i badań. Dlatego walcząc o to, by platformy i ich właściciele ponosili odpowiedzialność za treści, chroniąc prawa autorów, nie można tego robić kosztem użytkowników, całkowicie wbrew ich prawom i potrzebom, albo wywołując w nich niepewność i obawy. W końcu chodzi nie tylko o to, by autor otrzymał wynagrodzenie, ale i o to, by odbiorcy cieszyli się tym, co otrzymują od dziennikarzy i artystów i co sami wytwarzają dla swojej satysfakcji. I nie można wymagać, by w sytuacjach niejasnych, gdy autor ani nie oczekuje, ani nie żąda, by pilnować jego praw – a jest mnóstwo takich przypadków – platforma musiała na siłę szukać drogi do licencjonowania treści, czyli ich proceduralnej legalizacji.

Bo w konsekwencji niestety wszystkie platformy z ostrożności, na wszelki wypadek, filtrowałyby treści, w tym także te wrzucane przez użytkowników, i usuwałyby je z obawy przed zarzutami o nieprzestrzeganie reguł prawa autorskiego. Po chwili okazywałoby się, że spokojnie mogą je przywrócić – ale czas byłby stracony, nerwy i prawa użytkownika nadszarpnięte, a uzysk dla autorów – żaden. Taki byłby efekt działania zapisów w artykule 13 przygotowanych przez Komisję Prawną PE (a to jest wersja wspierana, jak myślę, przez Sammy’ego Ketza).

A ponadto – czy pełna odpowiedzialność platform za treści nie rodzi zupełnie nowych niebezpieczeństw? Ja np. nie chcę, by to korporacje decydowały, co mieści się w ramach prawa, a co nie, usuwały treści, robiły z nimi to, co chcą. Musi być jasność, co do współodpowiedzialności. I muszą być klarowne dla użytkowników sposoby odwoływania się od decyzji, gdy uważają, że ich prawa zostały naruszone.

Spełnia te warunki propozycja posła Jean-Marie Cavady, francuskiego dziennikarza, bardzo wspierającego wydawców, ale w sprawie artykułu 13 mocno krytycznego. Tak, jak Komisja Konsumentów, a wcześniej mój raport z Komisji Wolności PE  – przedstawia on ścieżki upominania się użytkowników o swoje prawa.

Kompromis w artykule 13 – jest niezbędny. Szczęśliwie w ostatnich poprawkach autor projektu, Axel Voss, zdjął nadmiar różnych obowiązków z tzw. małych firm. Tyle, że konia z rzędem temu, kto w świetle przepisów unijnych dopasuje tradycyjne definicje małego biznesu do środowiska cyfrowego. Np. 8 osób to mikrofirma, ale 8 osób w przedsiębiorstwie cyfrowym może mieć wielomilionową skalę oddziaływania!

Tak więc podkreślam: chcę, żeby nowe prawo autorskie weszło w życie, ale warunkiem jest, by zbudować porozumienie wokół art. 13: prawa autorów muszą być  zrównoważone z prawami użytkowników, tak by nie stali oni wobec groźby niekontrolowanego filtrowania i usuwania treści. Obowiązki platform internetowych zaś nie mogą być większe – a tak jest w projekcie – niż obowiązki organizacji twórców i wydawców, które same z siebie powinny informować o tym, która treść ma licencję, a która nie.

To jest droga do zbudowania w PE koalicji większościowej za prawem autorskim, ale nie przeciw nam, odbiorcom.

Michał Boni

Poseł do PE/ frakcja chadecka

9 września 2018