Esej: Europa – marzenia, potrzeby, możliwości




W sobotę, 25 marca mija 60 lat od podpisania Traktatów Rzymskich przez 6 krajów, które de facto rozpoczynają historię Unii Europejskiej. Chcę się podzielić z Wami refleksją nad tym projektem.

Historia tych 60 lat, to historia marzenia o Europie niosącej pokój i gwarantującej rozwój. To historia marzenia konfrontowanego z realiami politycznymi zmieniającego się kontynentu i świata. To historia projektu, który umiejętnie dokonywał auto-korekt. To historia projektu, który przy wszystkich minionych, obecnych i nadchodzących problemach – jest sukcesem. Chcę się podzielić z Wami refleksją nad tym projektem – przedstawiam cztery części eseju o Europie, codziennie w najbliższych dniach dodając kolejny fragment.

POWOJENNE MARZENIE

Podobno rok przed podpisaniem Traktatów Rzymskich, kiedy brytyjscy dyplomaci otrzymali zaproszenie na robocze spotkanie na Sycylii w sprawie przyszłości kluczowych krajów ówcześnie pojmowanej Europy – wyrazili brak zainteresowania jakimiś „archeologicznymi” pracami sycylijskimi. Brytyjski dystans – był brytyjskim dystansem opartym na poczuciu własnej misji, ciągle jeszcze imperialnej. W paroksyzmie historii wrócił on w postaci Brexitu w 2016 roku. Ale po drodze – brytyjski dystans został zamieniony przez 3 francuskie veta generała de Gaulle’a – we francuski dystans, wsparty wstrzemięźliwością ówczesnej Wspólnoty Europejskiej. I dopiero w 1973 roku Wielka Brytania stała się formalnym członkiem EWG.
Obniż swoje rachunki z nc+! Pakiet 69 kanałów TV tylko 19,99 zł miesięcznie. Sprawdź oferty nc+!
Chcę dowiedzieć się więcej.
Nie, dziękuję.

U źródeł prac nad Traktatami Rzymskimi leżała nadzieja połączona ze strachem. Trochę tak – jak w wielu dzisiejszych procesach politycznych.

Dwie wojny światowe w XX wieku, demokratycznie wybrany Hitler łamiący wszystkie demokratyczne zobowiązania, totalitaryzm i Holocaust, śmierć i zniszczenie – niosły powojennemu pokoleniu poczucie pamiętanego cierpienia, dramatu, lęku. Ale dawały też siłę do marzeń. Do wizji pokoju w Europie oraz marzenia o stabilnym rozwoju, opartym na współpracy między narodami, państwami i gospodarkami. Paradoks historyczny polegał na tym, że Europa jako pierwotna Wspólnota Węgla i Stali miała w grupie 6 krajów dbać o zrównoważony rozwój i konkurencyjność między podmiotami gospodarczymi, a nie podmiotami narodowymi. Zarazem jednak miała – na wszelki wypadek pilnować rozwoju niemieckiego, limitować go, by nie stało się to, co na przełomie lat 20/30 w Niemczech i z Niemcami, kiedy wbrew ustaleniom wersalskim rozpoczęła się ponowna militaryzacja Niemiec, zaczęta wielką rozbudową przemysłu. Dla Niemiec po II wojnie światowej – udział w europejskim projekcie był testem wiarygodności, który zresztą z czasem wyniósł je do pozycji lidera.

Traktaty Rzymskie wypracowały pierwszą wersję modelu polityki nowego projektu europejskiego. Nigdy wcześniej w historii na taką skalę nie zastosowano katalogu zasad umożliwiających uzgadnianie stanowisk, współpracę w poszukiwaniu wspólnego rozwiązania – opartych na szacunku dla państwowych odrębności, ale i kompromisie hamującym wagę wyłącznie narodowego poczucia interesów. W drodze – klarowały się takie zasady, jak zasada pomocniczości, oraz reguła poszukiwania wspólnoty interesu gospodarczego. A nawet przewag konkurencyjnych tego, co europejskie w stosunku do reszty kontynentu i świata, w tym Stanów Zjednoczonych. W Europie wiedziano, że powojenny start i odbudowa były możliwe dzięki USA. Ale też tym bardziej – chciano ten dług wdzięczności spłacić symbolicznie – pokazując siłę europejskiej gospodarki.

Traktaty Rzymskie były żywym dokumentem i budowały żywe instytucje. W praktyce – stawało się jasne, że realna obrona pokoju prowadzić musi przez obronę demokracji. A obroną demokracji we współczesnym świecie jest chronienie wolności obywatela przed potencjalnymi zakusami państwa. Każdego państwa, które może poczuć pokusę autorytaryzmu. Żeby policja nie mogła bez nakazu wkraczać do ludzkich domostw i trzymać w areszcie ludzi. Żeby sprawnie funkcjonowała separacja władz: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej – gwarantowana przez Trybunały Konstytucyjne. Żeby obowiązkiem ładu demokratycznego była bezstronność mediów publicznych. Żeby nikogo nie dyskryminowano ze względu na odrębność – poglądów, religii, koloru skóry i pochodzenia, niepełnosprawność, z czasem doszły do tego ważne podmiotowo wyróżniki odmienności jednostek – jak płeć i orientacja seksualna.

Widać dzisiaj, po latach, że wątki związane z kanonem wartości europejskich, skupione na obronie wolności i swobód – od samego początku były obecne w koncepcji projektu europejskiego.

Nie są, ani nigdy nie były żadną dekoracją dodaną w ostatnich latach – co usiłują wmówić dzisiaj zdezorientowanej części Europejczyków nacjonaliści-populiści. Od początku debaty o wspólnej Europie ścierały się i ucierały ze sobą: poglądy chrześcijańskiej demokracji – kluczowego fundamentu powstawania nowej Europy – z poglądami socjalistycznymi, wyczulonymi na sprawy społeczne. W tym europejskim marzeniu było miejsce dla rynkowej gospodarki budującej swoje przewagi dzięki wspólnym, międzypaństwowym ramom, które krok po kroku prowadziły do jednolitego rynku, konceptu już z lat 90. Musiało być miejsce – na gwarancje dla demokracji. To dlatego dla frankistowskiej Hiszpanii, czy Portugalii Salazara – nie było z początku miejsca w tym projekcie. I było miejsce w tym marzeniu – na taki model rozwojowy, który zakładał, iż dobrobyt człowieka jest centralnym punktem wysiłków na rzecz rozwoju.

Spotykały się tutaj doświadczenia niemieckich chadeków z ich koncepcją socjalnej gospodarki rynkowej oraz zreformowanych, oddalających się coraz bardziej od sowieckiej presji, socjalistów europejskich, którzy przestali mówić o dobrobycie mas, a zaczęli konkretniej – o dobrych warunkach życia pojedynczych ludzi.

Dzisiaj, może się rodzić pytanie: czy ta koncepcja Europy z Traktatów Rzymskich i lat 60-tych jest i może być dalej aktualna? Oraz – jak ona się ma i miała w ciągu tych 60 lat do potrzeb mieszkańców krajów europejskich?

Można chyba powiedzieć, że pod koniec lat 60. projekt europejski zderzył się z pierwszym kryzysem wyrastającym z konfliktu pokoleń.

KRYZYSY UNIJNE A POTRZEBY EUROPEJCZYKÓW

Rewolucja Beatlesów i Twiggy, rozruchy na paryskich ulicach w maju 68 roku, przebudzenie Praskiej Wiosny 68 czy nawet Wydarzenia Marcowe w Polsce – choć innego charakteru, pokazały jasno, że powojenni 20 latkowie zaczęli inaczej patrzeć na siebie i otaczającą ich rzeczywistość.

Upominali się o przejrzystość demokracji i rządzenia. Walczyli ze skorupą starych wzorców obyczajowych. Domagali się równych praw dla wszystkich – zarówno jeśli chodzi o szacunek dla Każdego, jak i dostęp Każdego do powstających szybko w dynamicznym rozwoju dóbr i usług.

Paradoksalnie – kontrkultura lat 60. była sprzeciwem wobec nadmiaru wzorców konsumpcyjnych ( „Człowiek jednowymiarowy” Marcuse’a), jak i głosem upominającym się o równy dostęp do konsumpcji. Wszystkie te zdarzenia rozgrywały się w konkretnych miastach i krajach – i to rządy narodowe musiały stawić czoło tym wyzwaniom.

Ale część odpowiedzi na pojawiające się problemy miała w sobie coś wspólnego. Dotyczyło to oczywiście zachodniej Europy – była to wrażliwość na potrzeby demokratyczne, upowszechnienie dostępu wszystkich do owoców rozwoju oraz wrażliwość na sprawy związane z równym traktowaniem. Mocno od tego momentu zaczęła wzrastać świadomość spraw ekologicznych. Hasła ze studenckich barykad przechodziły do głównego nurtu europejskich wartości.

W pokoleniowo postrzeganej historii ostatnich 60 lat projektu europejskiego zdarzały się jednak kolejne punkty zwrotne.

Lata 70. i 80. rozwijały wspólnotową siłę Europy. Przyłączały się nowe kraje zachodniego świata dostosowując się do reguł akceptowanych jako wspólne zarówno w sferze gospodarczych wolności, jak i uznania zasad państwa prawa ze wszystkimi tego konsekwencjami. Nie oznaczało to, że nie pojawiały się sprawy sporne. Ale umiano zawsze znaleźć kompromis – czy to dla rozwiązań typu opt-out dających prawo do odmienności, czy dla rabatu brytyjskiego, czy dla presji konkurencji technologicznej pojawiającej się w świetle wyścigu zimnej wojny i relacji między USA a ZSRR.

Procesu budowania trwałego pokoju w Europie nie naruszyły też tragiczne wydarzenia terroryzmu europejskiego lat 70. – ani włoskie „Czerwone Brygady”, ani „Baader Mainhof” nie sprowadziły głównego nurtu europejskiego na manowce radykalizmu. Stało się tak dzięki państwom europejskim, a nie bezpośrednio Europejskiej Wspólnocie. Ale bez tej Wspólnoty – nie byłoby możliwe uświadamianie sobie, jakich wartości trzeba w Europie bronić.

Wszystko to, co wypracowywano od lat 60. do końca XX wieku pokazywało coraz wyraźniej, jak istotnym punktem odniesienia dla rozwoju poszczególnych krajów europejskich stają się struktury Europejskiej Wspólnoty oraz rosnąca gotowość przywódców europejskich do współpracy – szerszej, niż bilateralna dyplomacja.

Jeszcze przed zaostrzeniem sytuacji globalnej w latach 80. udało się światu jakimś trafem podpisać Akt Helsiński i rozpocząć proces wspólnej troski o wartości fundamentalne – takie jak prawa obywatelskie i prawa człowieka. Ta „troska” różnie wyglądała – w Polsce z jednej strony powstał w 1976 roku KOR, w Czechosłowacji Karta 77, z drugiej strony przecież nie uchroniło to dysydentów przed prześladowaniami w krajach bloku sowieckiego. Ale różnica była istotna – budziła się i rozwijała sieć wymiany informacji związana z Helsińskimi ustaleniami.

Młodemu pokoleniu wchodzącemu w życie zawodowe i publiczne od połowy lat 80. mogło się jednak wydawać, że projekt europejski stracił swoją atrakcyjność. Że osiągnięto tyle, ile było możliwe – rósł poziom życia.

Starano się wyrównywać szanse rozwojowe krajów – nowo tworzona polityka spójności potęgowała możliwości odrabiania ekonomicznych i cywilizacyjnych zaległości przez Hiszpanię, Portugalię, Irlandię i Grecję.

Powstawały autostrady i nowe linie transportowe, modernizowano energetykę, a rolnictwo dzięki Europejskiej Wspólnej Polityce Rolnej i dopłatom – kwitło.

Ale – umykał szerszy sens i cel. Ówczesna Wspólnota Europejska spełniała potrzeby swoich obywateli, ale brakło marzeń na przyszłość. Przyszłość nie miała ani swojego kształtu, ani kierunku.

W momencie lekkiego zmęczenia projektem europejskim – Historia przyniosła Europie wygrany los. Polska „Solidarność”, słabnący Związek Radziecki, Papież Jan Paweł II mówiący o całej Europie jako Europie wartości, twarda polityka amerykańska upominania się o wolności – w efekcie wywróciły Mur Berliński.

Dla silnych Niemiec oznaczało to imperatyw unifikacji: wielkiego procesu łączenia wschodnich i zachodnich Niemiec, łączenia rodaków, budowania tożsamości, która w oczywisty sposób była niemiecka, ale zarazem była otwarta na europejskość. To, co lokalne, regionalne i narodowe – nie musiało być w żadnej sprzeczności z europejskim uniwersalizmem.

Dla Unii Europejskiej – otworzyło to po raz pierwszy szansę na spojrzenie na Europę jako projekt, który mógłby być całością: nie tylko Północy i Południa, ale Zachodu oraz Wschodu. Nie było tak, że wszyscy zaakceptowali taką wspólną drogę do poszerzenia Europy. Bo sama dyskusja na ten temat odsłaniała jeden z kluczowych problemów tej szerokiej Unii Europejskiej: zróżnicowanie, różnorodność, wielość prędkości rozwojowych.

Gra była warta świeczki, żeby zbudować warunki dla wielkiego 500 milionowego rynku (w punkcie startowym 1957 roku „ówczesna Unia” liczyła 186 milionów mieszkańców) i spowodować swobodny przepływ towarów i usług: od włoskich makaronów, hiszpańskich oliwek, niemieckich samochodów, francuskich serów aż po polskie meble, czeskie piwo i węgierski Tokaj. Gra była warta świeczki – żeby stworzyć bezpieczeństwo od Gibraltaru po Bug, choć widać było olbrzymią niesprawność Unii przy rozwiązywaniu problemów podczas wojny bałkańskiej. Skądinąd jednak tylko perspektywa europejska oferowana krajom bałkańskim po zakończeniu tej wojny – mogła wyznaczyć im horyzont reform i stworzyć ramy dla pokoju. Gra była warta świeczki, by dać Europejczykom wygodne prawo do poruszania się po Europie bez granic, choć z regułami Schengen, a młodym dać Erasmusa. Gra była warta świeczki, by silna Unia Europejska stanowiła realnego partnera wchodząc w relacje z USA i Rosją, a także – nabierającymi znaczenia Chinami.

Lata 90. to po stronie krajów aspirujących do Unii – ciężka praca nad stowarzyszeniem. A dla krajów ówczesnej Unii, już z Austrią, Szwecją i Finlandią – to wspólny wysiłek nad zbudowaniem Unii w takim jej kształcie, który jest zbliżony do tego, co funkcjonuje obecnie. Początkiem tego wysiłku było podpisanie w 1992 roku Traktatu z Maastricht wyznaczającego ramy reguł gospodarczych. A swoistym zwieńczeniem tego wysiłku – stało się wprowadzenie euro, choć w efekcie nierównomierności tempa przystępowania do euro (lub wyboru opcji pozostania poza wspólną walutą) – powstała odrębność strefy euro. Bardziej zresztą był to rezultat procesu gospodarczej integracji, niż efekt domknięcia wizji politycznej, co dzisiaj mści się niekiedy.

Bo to waluta – oprócz języka i dziedzictwa – jest w wielu miejscach Europy wyznacznikiem tożsamości i poczucia suwerenności. I upominający się o suwerenność – bez względu na słuszność tego upomnienia – organizując się przeciwko euro skupiają szeregi przeciwko Unii Europejskiej w ogóle. Dodają do tego zarzuty – skostnienia biurokratycznego Unii albo unijnej paranoi związanej z chęcią uregulowania wszystkiego. Rzeczywiste słabości unijne mieszają się z mitologizacją absurdów unijnych. To dało pożywkę do „fałszywek informacyjnych”, które zdominowały debatę przed „Brexitem”.

Wielkie Rozszerzenie Unii Europejskiej odbyło się w 2004 roku – 10 krajów. Bułgaria i Rumunia weszły do Unii w 2007 roku, a Chorwacja w 2013. To był i jest sukces – wystarczy zobaczyć tabele mierników konwergencji oraz przyspieszenie wzrostu i rozwoju, przy wielu jednak deficytach i słabościach. Wystarczy ocenić, jak pracowały narzędzia europejskiej polityki solidarności. Bo wejście do rodziny europejskiej, do instytucji rodziny europejskiej 13 nowych państw – wymogło na nowo konieczność zdefiniowania zasad solidarności europejskiej i tego, jak mają funkcjonować narzędzia polityk strukturalnych. Żeby ten sukces stał się możliwy, to bogatsi musieli wziąć na siebie ciężar kosztów polityki solidarności, szczególnie w latach 2004 – 2020.

Ale ten sukces zderzył się w 2008 roku z kryzysem gospodarczym i jego dramatycznymi konsekwencjami dla kilku krajów, wzrostem bezrobocia, i zapaścią w strefie euro. Jednak, pomimo stereotypu i mitu nieudolnej Unii – Unia Europejska i kraje członkowskie dały sobie radę z tym kryzysem. Rezultatem stała się Unia Bankowa, a po doświadczeniach z Ukrainą i Rosją – powstała koncepcja Unii Energetycznej. Teraz Unia, próbuje sobie radzić z kryzysem uchodźców i zagrożeniem terroryzmem. Równolegle podejmując wielki projekt Jednolitego Rynku Cyfrowego oraz rozwoju zmieniającej gospodarkę i codzienność ludzi – infrastruktury 5G – ultra szybkiego Internetu.

U początków, w 1957 roku wartość gospodarki europejskiej w PKB w wartościach z 2015 roku – wynosiła 2 tryliony Euro, obecnie: 7 razy więcej – 15 trylionów Euro.

W taki właśnie sposób Unia Europejska odpowiada na potrzeby swoich obywateli. Jak do tej pory – wydaje się – że wszystkie pojawiające się kryzysy unijne udawało się rozwiązywać. Podstawą była kluczowa dla Unii zasada – zarządzać kryzysami poprzez silną współpracę. Jasne, że było to łatwiejsze w Unii mniejszej, a jest trudniejsze – przy, już w najbliższej przyszłości, 27 krajach: ich rządach, scenach politycznych, tradycjach i kulturach politycznych, zwyczajach społecznych.

W STRONĘ WIELKIEJ, SZEROKIEJ UNII

W momencie lekkiego zmęczenia projektem europejskim – Historia przyniosła Europie wygrany los. Polska „Solidarność”, słabnący Związek Radziecki, Papież Jan Paweł II mówiący o całej Europie jako Europie wartości, twarda polityka amerykańska upominania się o wolności – w efekcie wywróciły Mur Berliński.

Dla silnych Niemiec oznaczało to imperatyw unifikacji: wielkiego procesu łączenia wschodnich i zachodnich Niemiec, łączenia rodaków, budowania tożsamości, która w oczywisty sposób była niemiecka, ale zarazem była otwarta na europejskość. To, co lokalne, regionalne i narodowe – nie musiało być w żadnej sprzeczności z europejskim uniwersalizmem.

Dla Unii Europejskiej – otworzyło to po raz pierwszy szansę na spojrzenie na Europę jako projekt, który mógłby być całością: nie tylko Północy i Południa, ale Zachodu oraz Wschodu. Nie było tak, że wszyscy zaakceptowali taką wspólną drogę do poszerzenia Europy. Bo sama dyskusja na ten temat odsłaniała jeden z kluczowych problemów tej szerokiej Unii Europejskiej: zróżnicowanie, różnorodność, wielość prędkości rozwojowych.

Ale kolejna generacja Europejczyków mogła uznać, że ma wspólny cel o wielu wymiarach.

Gra była warta świeczki, żeby zbudować warunki dla wielkiego 500 milionowego rynku (w punkcie startowym 1957 roku „ówczesna Unia” liczyła 186 milionów mieszkańców) i spowodować swobodny przepływ towarów i usług: od włoskich makaronów, hiszpańskich oliwek, niemieckich samochodów, francuskich serów aż po polskie meble, czeskie piwo i węgierski Tokaj. Gra była warta świeczki – żeby stworzyć bezpieczeństwo od Gibraltaru po Bug, choć widać było olbrzymią niesprawność Unii przy rozwiązywaniu problemów podczas wojny bałkańskiej. Skądinąd jednak tylko perspektywa europejska oferowana krajom bałkańskim po zakończeniu tej wojny – mogła wyznaczyć im horyzont reform i stworzyć ramy dla pokoju. Gra była warta świeczki, by dać Europejczykom wygodne prawo do poruszania się po Europie bez granic, choć z regułami Schengen, a młodym dać Erasmusa. Gra była warta świeczki, by silna Unia Europejska stanowiła realnego partnera wchodząc w relacje z USA i Rosją, a także – nabierającymi znaczenia Chinami.

Lata 90. to po stronie krajów aspirujących do Unii – ciężka praca nad stowarzyszeniem. A dla krajów ówczesnej Unii, już z Austrią, Szwecją i Finlandią – to wspólny wysiłek nad zbudowaniem Unii w takim jej kształcie, który jest zbliżony do tego, co funkcjonuje obecnie. Początkiem tego wysiłku było podpisanie w 1992 roku Traktatu z Maastricht wyznaczającego ramy reguł gospodarczych. A swoistym zwieńczeniem tego wysiłku – stało się wprowadzenie euro, choć w efekcie nierównomierności tempa przystępowania do euro (lub wyboru opcji pozostania poza wspólną walutą) – powstała odrębność strefy euro. Bardziej zresztą był to rezultat procesu gospodarczej integracji, niż efekt domknięcia wizji politycznej, co dzisiaj mści się niekiedy.

Bo to waluta – oprócz języka i dziedzictwa – jest w wielu miejscach Europy wyznacznikiem tożsamości i poczucia suwerenności. I upominający się o suwerenność – bez względu na słuszność tego upomnienia – organizując się przeciwko euro skupiają szeregi przeciwko Unii Europejskiej w ogóle. Dodają do tego zarzuty – skostnienia biurokratycznego Unii albo unijnej paranoi związanej z chęcią uregulowania wszystkiego. Rzeczywiste słabości unijne mieszają się z mitologizacją absurdów unijnych. To dało pożywkę do „fałszywek informacyjnych”, które zdominowały debatę przed „Brexitem”.

Wielkie Rozszerzenie Unii Europejskiej odbyło się w 2004 roku – 10 krajów. Bułgaria i Rumunia weszły do Unii w 2007 roku, a Chorwacja w 2013. To był i jest sukces – wystarczy zobaczyć tabele mierników konwergencji oraz przyspieszenie wzrostu i rozwoju, przy wielu jednak deficytach i słabościach. Wystarczy ocenić, jak pracowały narzędzia europejskiej polityki solidarności. Bo wejście do rodziny europejskiej, do instytucji rodziny europejskiej 13 nowych państw – wymogło na nowo konieczność zdefiniowania zasad solidarności europejskiej i tego, jak mają funkcjonować narzędzia polityk strukturalnych. Żeby ten sukces stał się możliwy, to bogatsi musieli wziąć na siebie ciężar kosztów polityki solidarności, szczególnie w latach 2004 – 2020.

Ale ten sukces zderzył się w 2008 roku z kryzysem gospodarczym i jego dramatycznymi konsekwencjami dla kilku krajów, wzrostem bezrobocia, i zapaścią w strefie euro. Jednak, pomimo stereotypu i mitu nieudolnej Unii – Unia Europejska i kraje członkowskie dały sobie radę z tym kryzysem. Rezultatem stała się Unia Bankowa, a po doświadczeniach z Ukrainą i Rosją – powstała koncepcja Unii Energetycznej. Teraz Unia, próbuje sobie radzić z kryzysem uchodźców i zagrożeniem terroryzmem. Równolegle podejmując wielki projekt Jednolitego Rynku Cyfrowego oraz rozwoju zmieniającej gospodarkę i codzienność ludzi – infrastruktury 5G – ultra szybkiego Internetu.

U początków, w 1957 roku wartość gospodarki europejskiej w PKB w wartościach z 2015 roku – wynosiła 2 tryliony Euro, obecnie: 7 razy więcej – 15 trylionów Euro.

W taki właśnie sposób Unia Europejska odpowiada na potrzeby swoich obywateli. Jak do tej pory – wydaje się – że wszystkie pojawiające się kryzysy unijne udawało się rozwiązywać. Podstawą była kluczowa dla Unii zasada – zarządzać kryzysami poprzez silną współpracę. Jasne, że było to łatwiejsze w Unii mniejszej, a jest trudniejsze – przy, już w najbliższej przyszłości, 27 krajach: ich rządach, scenach politycznych, tradycjach i kulturach politycznych, zwyczajach społecznych.

NA EUROPEJSKIM ROZDROŻU

Widać od pewnego czasu, że coraz trudniej jest utrzymać sprawność działania Unii. Głównie zresztą wcale nie w sferach odpowiedzialności Komisji Europejskiej, czy Parlamentu Europejskiego – ale Rady Europejskiej, czyli w obszarze współpracy państw członkowskich. A to jest kluczowe.

Dla niektórych państw – Unia stała się czymś „na przyczepkę”. Języki polityki krajowej i języki polityki europejskiej się odseparowały. Niektórzy szefowie rządów stosują swoistą „dwumowę”: dla spokoju akceptują wspólne decyzje unijne, ale w kraju są im przeciwni w retoryce powrotu ze szczytów. Unia Europejska jest z jednej strony traktowana jak „dojna krowa”, z drugiej, jak „kozioł ofiarny”, na którego zwala się wszystkie winy. Z tego rodzi się paraliż decyzyjny. Jego paradoksalną istotą jest przyjmowanie decyzji, ale wstrzymywanie ich realizacji.

Ale równocześnie wydłuża się lista tematów i spraw, co do których wiadomo, że będzie trudno osiągnąć porozumienie – co do ich rozwiązania. Zmniejszyła się otwartość na podejmowanie trudnych problemów. Zasady solidarności osłabiono przez mocniejsze podkreślanie interesu własnego przez poszczególne państwa. Uchodźcy poszukujący azylu w Europie stali się zagrożeniem dla religii i tożsamości narodowej – w języku sprzeciwu niektórych przywódców wobec solidarnych kroków państw członkowskich wobec tego problemu. Tym sposobem racje i wartości podporządkowywane są krajowej grze politycznej, marketingowi politycznemu, potencjalnym wynikom wyborczym. W wielu społecznościach narodowych panuje przekonanie, że to, co można – należy z idei i praktyki europejskiej „brać dla siebie” (wsparcie finansowe oraz rozwiązania ułatwiające życie Europejczykom). Reguła, że trzeba byłoby również „coś z siebie dać” – umarła w historycznych annałach Traktatów Rzymskich i wszystkich późniejszych traktatów.

Może to przy okazji znak kolejnego kryzysu generacyjnego? I czwarte już pokolenie Europejczyków po II wojnie światowej musi się zmierzyć z problemem tożsamości, wizji i marzeń, potrzeb i możliwości ich realizacji? I stworzyć presję na rządzących?

Czy młodzi mogą ocalić Europę przed rozpadem czując europejskość mocniej, głębiej i – przerywając swoje milczenie, swoje niezaangażowanie? W Austrii i Holandii młodzi obronili demokrację i Europę, w Wielkiej Brytanii – niestety nie. Dodatkowo jednak, idea Europy w modelu Unii Europejskiej jest podważana przez współczesny populizm i nacjonalizm.

To są realni przeciwnicy ducha Traktatów Rzymskich.

Ich wizje, propaganda, „fałszywki informacyjne”, kłamstwa na temat ingerencji Unii w to, co powinno być przypisane tylko władztwu krajowemu – sieją zamęt, podważają wiarygodność europejskiej misji z ducha Traktatów Rzymskich. A ta misja, to: współpraca narodów, państw i gospodarek. A ta misja, to: racjonalność jednolitego rynku europejskiego działającego dla korzyści swoich obywateli. A ta misja, to: rozwój i pielęgnacja wspólnych wartości chroniących demokrację, obywateli przed omnipotencją władzy, a poprzez niepodważalność zasady państwa prawa – chroniąca pewność warunków gospodarowania.

Ta misja, to: nastawienie na rozwój, a nie na spowalnianie i opóźnianie. Na rozwój – rozumiany jako europejski skok do przodu wykorzystujący wszystkie możliwe szanse, olbrzymi różnorodny potencjał oraz przekonanie, że razem – znaczy bezpieczniej, sprawniej, szybciej.

Takie nastawienie musi zakładać użycie dla realnego rozwoju odpowiednich narzędzi i – metaforycznie mówiąc – optymalnych prędkości. Europa była zawsze Europą wielu prędkości. I taka jest również w tej chwili. Byłoby absurdem, gdyby wbrew 60 letniej tradycji od czasów Traktatów Rzymskich – eliminować tych, których dzisiejsze możliwości osiągania tempa rozwoju są mniejsze, niż aktualnych liderów. Wolniejszym trzeba pomóc. Ale pod jednym warunkiem – że chcą zmierzać w tę samą stronę, co liderzy oraz chcą rozmawiać o tym, jak liderów doganiać. W debacie o przyszłości euro trzeba uczestniczyć. W dyskusji o Europejskim Funduszu Walutowym i nowych modelach pomocy finansowej w różnych formach kryzysów gospodarczych – trzeba brać udział.

Zamiast odwracać się plecami od stawianych nowych celów rozwojowych Unii Europejskiej – trzeba nad nimi rzetelnie pracować i budować swoją (konkretnych krajów) mapę drogową osiągania tych celów: czy w kwestiach wzmocnienia zarządzania gospodarczego i rozwoju stabilności euro, czy to w sprawach cyfrowych, czy w kwestiach Funduszu Obrony Europejskiej, czy w sprawach środowiskowych, czy w bezpiecznej modernizacji energetyki, czy w zadaniu pomocy uchodźcom, czy we współpracy w walce z terroryzmem, czy w obronie ładu demokratycznego i praw obywatelskich.

Europę wielu prędkości można oswoić, jeśli będzie jasne, jaką trajektorią poruszają się poszczególni partnerzy. Ale partnerzy – dalej muszą chcieć pozostać partnerami.

Co musi być uświadomione na tym rozdrożu europejskim? Co jest fundamentalne dla żywej trwałości europejskiego projektu?Odpowiedź jest skomplikowana i prosta – zarazem.

Populizm i nacjonalizm dyktują wąskie pojmowanie, często skarlałe rozumienie interesu narodowego. Nie można tego pogodzić z tradycją Traktatów Rzymskich i przyszłością Wspólnej Europy. A jedynie Wspólna Europa niesie Europie szanse.

Trzeba więc zrozumieć szanse, jakie przed Europą stoją i to w czasach wielkich niepewności oraz zagrożeń. I trzeba te szanse uświadomić wszystkim Europejczykom. Ale także uświadomić im ryzyka związane z utratą projektu europejskiego. Wówczas znowu wrócimy do wyjściowego punktu (choć w innej formie) emocji europejskich, jakie towarzyszyły powstaniu Traktatów Rzymskich. Do lęku i nadziei.

Europa nie zmarnowała nadziei 1957 roku. Nie zmarnujmy ich teraz.

Michał Boni

Marzec 2017

W 60 rocznicę Traktatów Rzymskich